Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/287

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzienników, które wszystkie powtarzały tę samą notatkę, powiadając, że umarł poprzedniego dnia, Otóż, w wilję Albertyna spotkała Bergotte’a (opowiedziała mi to tego samego wieczora) i przez to nawet spóźniła się trochę, bo rozmawiał z nią dość długo. Z pewnością to była jego ostatnia rozmowa. Znała go przezemnie. Nie widywałem już Bergotte’a oddawna, ale ponieważ Albertyna była ciekawa go poznać, napisałem przed rokiem do starego mistrza, z prośbą abym ją mógł przyprowadzić. Zgodził się, mimo iż, jak sądzę, trochę dotknięty, że go odwiedzam jedynie poto aby zrobić przyjemność komuś innemu, potwierdzając tem własną moją obojętność. Takie wypadki są częste: czasami ten, kogo błagamy o taką audjencję, nie dla przyjemności porozmawiania z nim znowu, ale dla osoby trzeciej, odmawia tak uparcie, iż nasza protegowana sądzi, żeśmy się chełpili fałszywemi stosunkami; częściej geniusz lub sławna piękność zezwalają, ale upokorzeni w swojej dumie, zranieni w swojej przyjaźni, zachowują dla nas już tylko uczucie pomniejszone, bolesne, nieco wzgardliwe. W długi czas potem zgadłem, żem niesłusznie oskarżał dzienniki o nieścisłość, bo owego dnia Albertyna wcale nie spotkała Bergotte’a; ale ani przez chwilę nie podejrzewałem niczego, w tak naturalny sposób mi to opowiedziała. Znacznie później dopiero poznałem jej uroczą sztukę kłamania z prostotą. To co mówiła, to co mi wyznawała,