Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/285

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wpatruje się w żółtego motyla, którego pragnie pochwycić. „Tak powinienem był pisać — powiedział sobie. Moje ostatnie książki są za suche; trzeba było je pociągnąć kilka razy farbą, uczynić każde zdanie cennem samo w sobie, jak ten fragment żółtej ściany“. Równocześnie nie tracił poczucia swego groźnego stanu. Na niebiańskiej wadze jawiło mu się jego własne życie, obciążające jedną z szal, gdy druga zawierała kawałek ściany tak pięknie namalowanej żółto. Bergotte czuł, że niebacznie oddał pierwsze za drugie. „Nie mam przecież ochoty — powiadał sobie — figurować na tej wystawie w wieczornej rubryce wypadków“.
Powtarzał sobie: „Kawałek żółtej ściany z daszkiem, kawałek żółtej ściany“. Zwalił się na okrągłą kanapę; równie szybko przestał myśleć że życie jego jest w grze i odzyskując optymizm, powiedział sobie: „Zwykła niestrawność, niedogotowane kartofle, to nic“. Nowy cios powalił go: Bergotte stoczył się na ziemię, zbiegła się publiczność wraz z woźnymi. Był martwy. Martwy na zawsze? Kto to może powiedzieć? Niewątpliwie, doświadczenia spirytystyczne, jak dogmaty religijne, nie dają dowodu przetrwania duszy. Można jedynie powiedzieć, że wszystko się dzieje w naszem życiu tak, jakgdybyśmy w nie wchodzili z ciężarem zobowiązań zaciągniętych w życiu poprzedniem; w warunkach naszej egzystencji na tej ziemi nie ma żadnej racji, abyśmy się uważali za zobowiąza-