Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/275

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w początkach, przyznaję. Ale teraz nie kłamię już nigdy“. Takbym rad był wiedzieć, co to były za liczne kłamstwa w początkach, ale wiedziałem zgóry, że wyznania Albertyny byłyby nowem kłamstwem. Toteż poprostu pocałowałem ją. Poprosiłem tylko dla przykładu o któreś z tych kłamstw. Odpowiedziała: „O, naprzykład, as mi morskie powietrze szkodzi“. Wobec tak wyraźnej złej woli, przestałem nalegać.
Iżby się łańcuch wydał Albertynie lżejszy, najlepiej było zapewne utrzymywać ją w mniemaniu że go sam skruszę. Bądź co bądź, tego kłamliwego zamiaru nie mogłem jej objawić w tej chwili; zbyt poczciwie wróciła dopiero co z Trocadero; jedyne co mogłem zrobić, zamiast ją martwić groźbą zerwania, było kryć rojenia mego wdzięcznego serca o wiecznem wspólnem życiu. Patrząc na Albertynę, z trudem wstrzymywałem się od zwierzenia tych rojeń, może ona to spostrzegła. Nieszczęściem, wyraz takich uczuć nie jest zaraźliwy. Wypadek pana de Charlus, który, widząc tak długo w swojej wyobraźni wspaniałego młodzieńca, wierzy że sam stał się wspaniałym młodzieńcem i to tem bardziej, im bardziej jest zmanierowaną i śmieszną starą damą, ten wypadek jest dość powszechny. Zakochany, na swoje nieszczęście, nie zdaje sobie sprawy, iż podczas gdy on widzi przed sobą piękną twarz, kochanka jego widzi twarz jego, która nie stała się piękniejsza —