Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/269

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ne, usunąć ten bronz. Ale rzeczy brzydkie i bogate są bardzo użyteczne, bo wywierają na osoby, nie rozumiejące nas, nie podzielające naszego gustu, a w których możemy być zakochani, urok, którego by nie miał jakiś dumny przedmiot, nie zdradzający swojej piękności. Otóż, jedynie właśnie wobec istot nie rozumiejących nas możemy potrzebować przewag, które inteligencja nasza zapewniłaby nam w oczach istot mniej pospolitych. Mimo iż gurt Albertyny zaczynał się wyrabiać, miała ona jeszcze pewien kult dla bronzów, a kult ten opromieniał mnie szacunkiem, który — skoro kochałem Albertynę — był dla mnie znacznie ważniejszy, niż fakt trzymania w pokoju bronzu nieco kompromitującego.
Ale myśl o mojej niewoli przestała mi nagle ciążyć, przeciwnie pragnąłem przedłużyć ją jeszcze, ponieważ zauważyłem, że Albertyna dotkliwie odczuwa własną niewolę. Zapewne, za każdym razem kiedy pytałem czy się jej nie przykrzy u mnie, odpowiadała, że nigdzie nie mogłoby być jej lepiej. Ale często słowom tym przeczył wyraz nostalgji, zdenerwowania.
Z pewnością, jeżeli miała skłonności o jakie ją posądzałem, niemożność zaspokojenia ich musiała być równie drażniąca dla niej jak była kojąca dla mnie. Łatwiej mógłbym uwierzyć w niesłuszność moich posądzeń, gdyby nie trudność wytłumaczenia szczególnej baczności, z jaką Albertyna starała się