Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/250

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bertyna, zamiast zostać w Trocadero, znajdzie się za chwilę przy mnie, brzmiał mi w uszach akcent tych słów, powtarzających dziesięć razy: „ździro zatracena, ździro zatracena“ — słów które mną wstrząsnęły.
Stopniowo, wzburzenie moje uspokoiło się. Albertyna miała wrócić. Za chwilę usłyszę jej dzwonek. Uczułem, że moje życie nie jest już takie, jakiem mogłoby być. Takie posiadanie kobiety, z którą całkiem naturalnie, skoro powróci, miałem wyjść; na której upiększenie miały się coraz bardziej obracać moje siły i moja energja, czyniło ze mnie niby łodygę rozrosłą ale obciążoną bujnym owocem wysysającym wszystkie jej soki. Tworzyło to kontrast z niepokojem odczuwanym jeszcze przed godziną: spokój, przyniesiony powrotem Albertyny rozleglejszy był od tego, który czułem rano przed jej wyjściem. Wyprzedzający przyszłość, której uległość mojej przyjaciółki czyniła mnie niemal panem, odporniejszy, wypełniony niejako i ustabilizowany zbliżającą się, niewczesną, nieuniknioną i słodką obecnością, spokój ten (zwalniający nas od szukania szczęścia w sobie samym) był spokojem rodzącym się z uczuć rodzinnych i ze szczęścia domowego. Rodzinne i domowe: oto było uczucie, które dawało mi tyle spokoju podczas gdym oczekiwał Albertyny; i takiego też uczucia doznawanem później, jadąc z nią na spacer.
Zdjęła na chwilę rękawiczkę, czy aby dotknąć