Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mnie zaprasza abym dzielił jego radość, słyszałem jak się powtarza nieśmiertelnie młody śmiech i ciosy zygfrydowego młota, w których zresztą, im cudowniej wykute były te frazy, techniczna zręczność służyła już tylko poto aby im pozwolić swobodniej opuścić ziemię, niby ptakom podobnym nie do lohengrinowego łabędzia, ale do owego samolotu, który w moich oczach w Balbec zmieniał swoją energję we wzlot, szybował ponad fale i gubił się w niebie. Może jak ptaki latające najwyżej i najszybciej mają potężniejsze skrzydła, tak trzeba by owych naprawdę materjalnych aparatów aby zgłębić nieskończoność: owych studwudziestokonnych maszyn marki Tajemnica, w których jednak, choćby się najwyżej szybowało, w kosztowaniu ciszy bezkresów przeszkadza nam potężne warczenie motoru!
Nie wiem, czemu bieg moich rojeń, dotąd idący za wspomnieniem muzyki, odwrócił się ku jej najlepszym współczesnym wykonawcom, między którymi, przeceniając go nieco, mieściłem Morela. Myśl moja skręciła nagle; zacząłem myśleć o charakterze Morela, o pewnych właściwościach tego charakteru. Zresztą — mogło się to łączyć (ale nie mieszać) z neurastenją, która go toczyła — Morel miał zwyczaj mówić o swojem życiu, ale tak mglisto, że trudno było coś rozpoznać. Oddawał się naprzykład całkowicie do rozporządzenia panu de Charlus, zastrzegając sobie wolne wieczory, bo