Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ona, mającą — jak ona mówi — »konie, powozy, obrazy«. Jakto? Nigdy ci nie opowiadałam, że ona tak mówi? Och, to jest typ! Dziwi mnie tylko, że ona wynosi obrazy do godności koni i powozów“.

Ujrzymy później, że mimo głupiego słownictwa, jakie jej pozostało, Albertyna rozwinęła się zdumiewająco, co mi było zupełnie obojętne. Duchowe zalety towarzyszki życia zawsze mało mnie interesowały; jeżeli je podkreślałem kiedy, to przez czystą grzeczność. Jedynie oryginalna umysłowość Franciszki bawiłaby mnie może. Mimo woli uśmiechałem się przez chwilę, kiedy naprzykład, korzystając z tego że Albertyny nie było w domu, zagadywała mnie temi słowy: „Bóstwo niebiańskie[1] złożone na łóżku!“ Powiadałem: „Ależ, Franciszko, czemu bóstwo niebiańskie? — Och, jeżeli pan myśli, że pan ma coś z ludzi pielgrzymujących na naszej brzydkiej ziemi, myli się pan bardzo. — Ale czemu »złożone« na łóżku, widzi Franciszka przecież, że leżę pod kołdrą. — Pan nigdy nie leży. Czy widział kto kiedy kogo, żeby tak leżał w łóżku? Pan przycupnął jak pta-

  1. Ten kwiecisty styl tak odskakuje od zwykłego stylu Franciszki, że raczej należałoby go chyba przypisać znajomej z Balbec, Celeście Albaret. Obie, Franciszka i Celesta, robione były z prawdziwych modelów, służących u Prousta i widocznie zlały się tu w jedno (przyp. tłum.).