Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/225

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ruchomość ta niezawsze jest zresztą płodniejsza od bezwładu pojmanego zwierzęcia, które, sparaliżowane strachem lub urzeczone, patrzy bez ruchu). A może trzymałem w pogotowiu swoje ciało — a w niem inteligencję, a w niej sposoby działania na daną osobę — jako coś będącego już tylko bronią, z której padnie cios rozdzielający Albertynę z Leą i jej przyjaciółkami? Niewątpliwie, kiedy Franciszka oznajmiła rano, że Albertyna wybiera się do Trocadero, pomyślałem: „Albertyna może robić co się jej podoba“ i wierzyłem, że aż do wieczora w tę cudną pogodę postępki jej pozostaną dla mnie czemś bez znaczenia; ale nietylko poranne słońce (jak przypuszczałem) uczyniło mnie tak beztroskim, lecz fakt, że skłoniwszy Albertynę do wyrzeczenia się projektów, jakie mogłaby nawiązać lub wręcz zrealizować u Verdurinów, i doprowadziwszy ją do pójścia na widowisko, które sam wybrałem i w związku z którem nie mogła nic obmyślić, wiedziałem, że ta zabawa będzie z konieczności niewinna. Tak samo kiedy Albertyna powiedziała w chwilę później: „Jeżeli się zabiję, to mi jest wszystko jedno“, to dlatego, iż była przekonana że się nie zabije. Przedemną, jak przed Albertyną, istniała w tym poranku (o wiele bardziej niż jego słoneczność) strefa, której nie widzimy, ale poprzez której przeźroczyste i zmienne przewodzenie widzimy, ja jej postępki, ona ważność własnego życia, to znaczy owe wierzenia któ-