Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


patrzeć, aby się nie zdawało, żem ją poto sprowadził. Strojna była dla mnie w ów czar tajemnicy, którego nie miałaby jakaś ładna dziewczyna, spotkana w jednym z zakładów gdzie na nas zawodowo czekają. Nie była ani naga ani przebrana; ot, prawdziwa mleczarka, z tych które się nam wydają tak ładne, kiedy nie mamy czasu się do nich zbliżyć; miała coś z tego, co tworzy wiekuiste pragnienie, wiekuisty żal życia, którego podwójny bieg odwrócił się wreszcie, zbliżył się do nas. Podwójny, bo o ile chodzi o Nieznane, o istotę której boskość odgadujemy z jej postawy, proporcyj, z obojętnego spojrzenia, wyniosłego spokoju, pragniemy z drugiej strony, aby ta kobieta miała znamiona swojego zawodu, pozwalając nam uciec w ów świat, w którego inność swoisty jej strój pozwala nam romantycznie wierzyć. Zresztą, jeżeli chcemy zamknąć w jednej formule prawo naszych ciekawości miłosnych, trzeba szukać tej formuły w maksimum odchylenia między kobietą spostrzeżoną przelotnie, a kobietą poznaną, pieszczoną. Jeżeli mieszkanki tego co się dawniej nazywało „zamtuzem“, jeżeli nawet kokoty (o ile wiemy, że to są kokoty) pociągają nas tak mało, to nie dlatego aby były mniej piękne od innych, ale dlatego, że są zawsze gotowe; że z punktu ofiarowują to, o co właśnie pragnęlibyśmy zabiegać; że nie są zdobyczą. Rozchylenie sprowadza się do minimum. Prostytutka uśmiecha się do nas już na ulicy, tak jak się bę-