Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nie wspominając o tem co ją najbardziej niepokoiło, mama wyrażała niezadowolenie z mojego marnotrawstwa: „Gdzie może się podziewać tyle pieniędzy? Już dosyć martwi mnie to, że jak Charles de Sévigné nie wiesz czego chcesz i masz w sobie paru ludzi naraz; ale staraj się bodaj nie naśladować go w wydatkach, żebym nie mogła powiedzieć o tobie: potrafił wyrzucać pieniądze bez efektu, przegrywać nie grając i płacić nie wychodząc z długów“.
Kończyłem list, kiedy przyszła Franciszka z wiadomością, że jest właśnie owa zbyt śmiała mleczareczka, o której mówiła. „Wybornie może odnieść list panicza i załatwić co potrza, jeżeli to nie za daleko. Zobaczy panicz, wygląda jak Czerwony Kapturek“. Franciszka poszła po nią i słyszałem jak mówi w drodze: „No i co, boisz się bo jest korytarz, ty niezguło; myślałam, że jesteś mniejsza ciemięga. Mam cię prowadzić za rękę?“ I Franciszka, dobra i dzielna służąca, chcąca aby inni szanowali jej pana tak jak go szanuje ona sama, udrapowała się w ów majestat, który na obrazach starych mistrzów uszlachetnia rajfurki, przesłaniające niemal parę kochanków. Ale Elstir, kiedy patrzył na fiołki, nie troszczył się o to, co one robią.
Wejście młodej mleczarki wytrąciło mnie ze spokoju obserwatora; myślałem już tylko o tem, aby uprawdopodobnić bajeczkę o liście do odniesienia; zacząłem pisać szybko, ledwie śmiejąc na nią po-