Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rce równocześnie rozdarte dwiema zazdrościami krzyżującema się z sobą, każdą w stosunku do innej osoby? I przyszło mi na myśl, że gdyby szofer nie był tak porządnym człowiekiem, zgodność jego drugiej wersji z pocztówkami Albertyny nie wieleby znaczyła, bo cóż się wysyła z Wersalu, jeśli nie pałac i nie Trianon, o ile pocztówek nie wybierał esteta zakochany w jakimś posągu, lub głupiec, wybierający jako „widok“ stację konnego tramwaju lub dworzec kolei. A i to niesłusznie mówię „głupiec“, bo takie pocztówki nie zawsze kupuje jakiś głupiec, ot na chybił trafił, jako dokument bytności w Wersalu. Przez dwa lata ludzie inteligentni, artyści, uważali, że Sienna, Wenecja, Grenada, to jest piła, i mówili o najlichszym omnibusie, o lada wagonie: „O, to jest piękne!“ Potem ten gust minął jak inne. Nie wiem nawet, czy nie wrócono do pojęcia „świętokradztwa, jakiem jest niszczenie szlachetnych zabytków przeszłości“. W każdym razie, wagon pierwszej klasy przestał być uważany a priori za coś piękniejszego od św. Marka w Wenecji. Mówiono wprawdzie: „W tem jest życie, oglądać się wstecz to jest rzecz sztuczna“; ale nie wyciągano z tego zdecydowanych wniosków.
Na wszelki wypadek, darząc pełnem zaufaniem szofera i chcąc by Albertyna nie mogła go posiać w drodze (przyczem on nie ważyłby się odmówić, aby nie uchodzić za szpiega), nie pozwalałem