Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/203

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


turalne, że mając cały dzień przed sobą, a nic do roboty, zwiedzam także pałac. Tem bardziej, że panienka musiała zauważyć że ja mam oczytanie i że się interesuję starożytnościami. (Była to prawda, zdziwiłbym się nawet, gdybym wiedział że on jest w przyjaźni z Morelem, tak dalece przewyższał skrzypka finezją i smakiem). Ale koniec końców, nie widziała mnie.
— Musiała zresztą spotkać jakieś przyjaciółki, ma ich kilka w Wersalu.
— Nie, cały czas była sama.
— Musiano jej się przyglądać w takim razie, taka efektowna panna, i sama.
— Juścić że patrzą na nią, ale ona jakby nic nie wiedziała o tem; cały czas wypatruje oczy w przewodniku, a potem na obrazy.
Opowiadanie szofera wydawało mi się tem ściślejsze, że w istocie pocztówki, które Albertyna przesłała mi owego dnia z Wersalu, przedstawiały jedna pałac a druga Trianon. Baczność, z jaką sympatyczny szofer śledził każdy jej krok, wzruszyła mnie bardzo. Jak mógłbym przypuszczać, że to sprostowanie — w formie obszernego post scriptum do przedwczorajszych zwierzeń — wynikało stąd, że w ciągu tych dwóch dni, Albertyna, zaniepokojona niedyskrecją szofera, skapitulowała i pogodziła się z nim. To mi nie przyszło nawet na myśl. Faktem jest, że opowiadanie szofera, niwecząc wszelką obawę iż Albertyna mogła mnie zdra-