Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/202

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nad Albertyną dyskretnie i inteligentnie, bardziej niż przypuszczałem przez chwilę w szale podejrzeń. Bo, zdoławszy go odciągnąć na stronę i nawiązać do owego epizodu w Wersalu, rzekłem przyjaźnie i swobodnie: „Pańskie zachowanie się w Wersalu, tak jak mi pan wszystko opowiedział przedwczoraj, było idealne; był pan bez zarzutu, jak zawsze. Ale coś panu powiem, zresztą bez znaczenia. Otóż, od czasu jak pani Bontemps powierzyła mi siostrzenicę, czuję się tak odpowiedzialny, tak boję się wypadków, tak sobie wyrzucam że jej nie towarzyszę, iż wolę żeby pan wszędzie sam woził Albertynę, pan taki pewny, tak wytrawny, z którym nic się nie może zdarzyć. W ten sposób o nic się nie boję“. Uroczy apostolski szofer uśmiechnął się subtelnie, z ręką spoczywającą na kierownicy w kształcie krzyża. Potem (wypędzając z mojego serca niepokój, którego miejsce zajęła natychmiast radość), rzekł coś co mnie natchnęło ochotą rzucenia mu się na szyję.
— Niech się pan nie obawia. Nie może się panience nic zdarzyć; kiedy nie siedzi w mojem aucie, oko moje biegnie za nią wszędzie. W Wersalu, nie nie pokazując po sobie, zwiedziłem miasto, aby tak rzec, razem z panienką. Z Réservoirs udała się do pałacu, z pałacu do Trianons, a ja wciąż jechałem za nią niby to nie widząc, a co lepsze, że ona mnie nie widziała. Och, gdyby nawet widziała, nie byłoby nieszczęścia. To takie na-