Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mi będzie wytrwać z Albertyną aż do pory winogron!
— Słuchaj, powiadam ci, że chcę już jeść tylko to co usłyszymy, ale robię oczywiście wyjątki. Toteż zastanawiam się, czyby nie zajść do Rebatteta zamówić lody dla nas. Powiesz mi, że to jeszcze nie pora, ale mam taką ochotę!
Wstrząsnęło mną nazwisko Rebattet, tem niezawodniej podejrzane dla mnie z racji tych słów: „zastanawiam się“. Był to dzień, w którym Verdurinowie przyjmowali, od czasu zaś jak Swann nauczył ich, że Rebattet to jest najlepsza cukiernia, tam zamawiali lody i ptifury.
— Nie mam nic przeciwko lodom, Albertynko droga, ale pozwól żebym ja sam zamówił, nie wiem jeszcze czy to będzie Poiré-Blanche, Rebattet, Ritz; słowem, zobaczę.
— Więc ty wychodzisz? — rzekła nieufnie. (Twierdziła zawsze, że byłaby zachwycona gdybym więcej wychodził, ale kiedy jakieś moje odezwanie się mogło zwiastować, że nie zostanę w domu, niespokojna mina Albertyny pozwoliła wnosić, iż radość, jakąbym jej rzekomo sprawił wychodząc jak najczęściej, nie była może zbyt szczera).
— Może wyjdę, może nie, wiesz że nigdy nie robię planów. W każdym razie, lody to nie jest coś co obwołują, co obnoszą po ulicy; skąd ci przyszła na nie ochota?
Odpowiedź Albertyny dowiodła mi, ile inteli-