Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


od każdego przewrotu w sztuce, a co więcej zmienia się równocześnie stopień zdolności i kultury, różniący artystę od ciemnego głupca.
Często jedna godzina snu za dużo jest atakiem paraliżu, po którym trzeba odzyskiwać władzę w członkach, uczyć się mówić. Wola nie osiągnęłaby tego. Zawiele się spało, nie istnieje się już. Obudzenie ledwie odczuwamy mechanicznie, bez świadomości, jak rura może odczuć zamknięcie kranu. Następuje po niem życie mniej aktywne niż życie meduzy, w którem równie dobrze uwierzyłoby się że się wypłynęło z głębi morza lub wróciło z galer, gdyby się wogóle mogło coś myśleć. Ale wówczas, z wysokości niebios pochyla się bogini Mnemotechnia i w nawyku zażądania białej kawy podaje nam nadzieję zmartwychwstania. A i ten nagły dar pamięci nie zawsze jest tak prosty. Często, w pierwszych minutach, w których się osuwamy ku przebudzeniu, mamy tuż koło siebie prawdę rozmaitych realności, w których skłonni jesteśmy wybierać, niby w talji kart.
Jest piątek rano i wraca się ze spaceru, albo jest pora herbaty nad morzem. Pojęcie snu, i tego że się leży w nocnej koszuli, jest często ostatniem które się nam nastręcza.
Zmartwychwstanie nie przychodzi odrazu; myślimy żeśmy zadzwonili, nie zrobiliśmy tego, mielemy niedorzeczne słowa. Dopiero ruch przywraca myśl, i kiedy się rzeczywiście nacisnęło dzwonek,