Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mi w obawie że mógłbym nie dosłyszeć słabego wołania; wracałem na chwilę do pokoju aby sprawdzić czy Albertyna nie zostawiła szczęśliwie jakiej chustki, woreczka, czegokolwiek: mógłbym wówczas, niby to bojąc się że jej to może być potrzebne, mieć pretekst pójścia do niej. Nie, nic. Wracałem czatować pod drzwiami, ale przez szczelinę już nie było widać światła. Albertyna zgasiła, położyła się, ja tkwiłem nieruchomy, spodziewając się czegoś — niewiadomo czego — co nie przychodziło, i w długi czas potem, przemarznięty, wracałem aby się wsunąć pod kołdrę i płakałem całą noc.
Czasami uciekałem się do podstępu, którym zyskiwałem pocałunek Albertyny. Wiedząc jak szybko zasypia kiedy się położy (ona wiedziała także, bo instynktownie, z chwilą gdy się miała wyciągnąć, zdejmowała pantofelki — prezent odemnie — i pierścionek, który kładła obok, jak robiła w swoim pokoju przed spaniem), wiedząc jak głęboko śpi i jak tkliwe ma przebudzenie, niby to szedłem poszukać czegoś i kładłem ją na swojem łóżku. Kiedym wracał, już spała: miałem przed sobą ową inną kobietę, którą stawała się Albertyna oglądana wprost, en face. Ale zmieniała szybko osobowość, kiedym się wyciągnął koło niej, znów mając ją z profilu. Mogłem włożyć dłoń w jej rękę, kłaść dłoń na jej ramieniu, na policzku; wciąż spała.