Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zazwyczaj, nienawidzimy tego co jest do nas podobne; własne wady, widziane z zewnątrz, drażnią nas. O ileż bardziej jeszcze, ktoś, kto przekroczył wiek gdy się swoje wady wyraża szczerze, kto naprzykład w najpłomienniejszych chwilach obleka twarz z lodu, nienawidzi tych samych wad, jeżeli je wyraża kto inny, młodszy, naiwniejszy, lub głupszy! Zdarzają się ludzie wrażliwi, dla których w oczach innych osób widok łez, które sami powstrzymują, jest nieznośny. Zbyt wielkie podobieństwo rodzi niesnaski w rodzinach, mimo wzajemnego przywiązania — a często tem bardziej, im przywiązanie jest większe.
Może u mnie — i u wielu innych — ów drugi człowiek, jakim się stałem, był poprostu jedną z fizjognomij pierwszego, egzaltowanego i wrażliwego w stosunku do siebie, roztropnego mentora dla drugich. Może tak samo było i z rodzicami, zależnie od tego, czy się ich brało w odniesieniu do mnie czy samych w sobie. Co się tyczy babki i matki, aż nazbyt widoczne było, że ich surowość dla mnie była rozmyślna i nawet wiele je kosztowała; ale może i u ojca chłód był tylko zewnętrzną formą uczuciowości? Kiedy mówiąc o ojcu powiadano: „Pod lodowatym chłodem kryje niezwykłą uczuciowość; główną jego cechą jest wstydliwość serca“ — niegdyś zdawało mi się to równie fałszywe jak banalne; otóż może ta formuła wyrażała ludzką prawdę tej podwójnej fi-