Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kochamy (lub której brakowało jedynie tej dwulicowości abyśmy ją pokochali) ukrywa je nam! Samo w sobie, cierpienie nie koniecznie rodzi w nas uczucia miłości lub nienawiści dla osoby która je powoduje; chirurg zadający ból pozostaje nam obojętny. Ale kiedy kobieta mówiła nam jakiś czas, że jesteśmy dla niej wszystkiem, przyczem ona sama nie była wszystkiem dla nas; kobieta którą lubimy widzieć, całować, trzymać na kolanach, wówczas dziwimy się, czując po nagłym oporze, że nie rozporządzamy nią dowoli. Zawód budzi w nas wówczas czasami zapomniane uczucie dawnego niepokoju, o którym jednak wiemy, że go zbudziła nie ta kobieta, lecz inne, których zdrady piętrzą się w naszej przeszłości; zresztą jak mieć odwagę aby żyć, jak zrobić ruch aby się uchronić od śmierci, w świecie gdzie miłość rodzi się tylko z kłamstwa, a polega tylko na potrzebie ukojenia naszych cierpień przez istotę która nam je zadała? Na to aby wyjść z przygnębienia jakie w nas budzi odkrycie tego kłamstwa i tego oporu, smutnem lekarstwem jest starać się oddziałać na tę co się nam opiera i która nam kłamie; oddziałać na nią mimo jej woli, za pomocą istot więcej — czujemy to — zajmujących miejsca w jej życiu niż my sami; kłamać, kręcić, zohydzić się w jej oczach. Ale męka takiej miłości jest z tych, które sprawiają nieodparcie, że chory w zmianie pozycji szuka złudnej poprawy.
Na tych sposobach działania nie zbywa nam, nie-