Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zmysłach, o życiu do jakiego ją popchnęły, aby później przeczyć wszystkiemu temu z całą energją wobec tego samego człowieka, z chwilą gdy uczuła że jest o nią zazdrosny i że ją śledzi. Mężczyzna żałuje wręcz niekiedy czasów owych pierwszych zwierzeń, mimo że ich wspomnienie go dręczy. Gdyby kobieta jeszcze mu się tak zwierzała, sama niemal zdradziłaby przed nim tajemnicę błędów, za którą on się upędza co dnia nadaremnie. I jakiejż szczerości byłoby to dowodem, jakiej ufności, przyjaźni! Jeżeli nie może go nie zdradzać, zdradzałaby go bodaj po przyjacielsku, zwierzając mu swoje rozkosze, dzieląc się niemi. I mężczyzna żałuje takiego życia, które początek ich miłości zdawał się szkicować, które dalszy ciąg uniemożliwił, czyniąc z tej miłości coś okrutnie bolesnego, coś co uczyni zerwanie — rozmaicie — albo nieuniknionem albo niemożliwem.
Czasami pismo, w którem odcyfrowywałem kłamstwa Albertyny, nie będąc niczem ideograficznem, wymagało jedynie tego aby je czytać nawspak. W ten sposób, owego wieczora rzuciła mi niedbale słowa, przeznaczone na to aby przeszły prawie niepostrzeżone: „Możliwe jest, że jutro zajdę do Verdurinów; ale wcale nie jestem pewna, nie mam zbytniej ochoty“. Był to naiwny anagram tego wyznania: „Pójdę jutro do Verdurinów, pójdę niezawodnie, bo mi bardzo na tem zależy“. Ten pozór wahania oznaczał zdecydowaną wolę i miał na celu zmniejszyć wagę wizyty, przy równocze-