Strona:Mali mężczyźni.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Czując, że mu niezupełnie ufają, nigdy im się Dan nie przedstawiał z lepszéj strony swego charakteru: jakąś w tém miał dziką przyjemność, żeby ich niecierpliwić i niweczyć ich nadzieje.
Pan Bhaer nie lubił bójek i nie widział w tém dowodu męstwa, gdy się dwóch chłopców potykało, dla zabawienia innych. Zachęcał do wszelkich śmiałych gier i ćwiczeń, wymagał żeby chłopcy umieli znosić guzy i sińce bez kwilenia; ale najsurowiéj zakazywał podbijać sobie oczy lub krwawić nosy, dla cudzéj przyjemności.
Dan śmiał się z tego zakazu i opowiadał tak ciekawe rzeczy o swéj waleczności i o różnych potyczkach, że chłopcom pozawracał głowy — koniecznie chcieli zatém spróbować się na pieści.
„Nie mówcie nikomu, to was nauczę tego,“ rzekł Dan pewnego razu i zaprowadziwszy ich za stodołę, dał lekcyę boksowania się, która prawie wszystkich wyleczyła z zapału. Tylko odważny Emil niechcąc uznać jego wyższości, wyzwał go: natychmiast stanęli więc do walki, a reszta chłopców przyglądała się z najwyższém zajęciem.
Niewiadomo, jaki ptaszek zaniósł tę wiadomość do domu, ale wśród najgorętszéj bojki, kiedy Dan z Emilem pasowali się z sobą, jakby dwa młode buldogi, a inni wydawali gorączkowe okrzyki, pan Bhaer zjawił się wśród nich, silną ręką rozłączył szermierzy i rzekł głosem, jaki rzadko u niego słyszano:
„Niewolno bić się, chłopcy! przestańcie natychmiast, i żebym tego więcéj nie widział! Mój zakład jest dla dzieci, nie dla dzikich zwierząt. — Spojrzyjcie jeden na drugiego i wstydźcie się za siebie.“
„Niechno mnie pan tylko puści, to go jeszcze raz