Strona:Mali mężczyźni.djvu/86

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Chłopcy zachowali się ze szczególną grzecznością względem Stokrotki, owego popołudnia. Tomek obiecał jéj pierwsze owoce ze swego ogródka, w którym dotąd rósł tylko chwast; Antoś przyrzekł zaopatrywać ją darmo w drzewo; Nadziany oddawał jéj prawdziwą cześć; Adaś z punktualnością, miłą w takim młodziku, ofiarował się towarzyszyć jéj do dziecinnego pokoju, skoro tylko uderzyła piąta godzina. Nie była to chwila do przyspasabiania całéj biesiady, ale tak usilnie prosił, żeby go wpuściła i przyjęła do usług, że uzyskał przywileje, z jakich goście rzadko korzystają, mianowicie: rozpalił ogień, i pełnił różne rozkazy; przyczém z przejęciem śledził postępy uczty. Pani Ludwika kierowała nimi, krzątając się zarazem w innych pokojach, gdyż właśnie zawieszała firanki w całym domu.
„Poproś Azyę o kubek kwaśnej śmietany, to ciastka będą lekkie, chociaż się nie doda wiele sody, czego nie lubię,“ zaleciła najwpierwéj.
Adaś zbiegł na dół i powrócił strasznie skrzywiony, gdyż skosztował po drodze śmietany, która okazała się tak kwaśną, że stracił zaufanie do tych ciastek.
Aby skorzystać ze sposobności, stojąc na drabinie, miała pani Ludwika krótki wykład o własnościach sody.
Stokrotka nie zwracała uwagi na jéj słowa, ale Adaś słuchał i rozumiał, czego dowiódł zwięzłą lecz jasną odpowiedzią:
„Tak, rozumiem; soda robi z kwaśnych rzeczy słodkie: dajno mi trochę skosztować, Stokrotko.“
„Napełnij ten słoik mąką i dodaj trochę soli,“ mówiła daléj pani Bhaer.
„Że téż to sól do wszystkiego potrzebna,“ rzekła