Strona:Mali mężczyźni.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


reszcie Emil takim tonem, jak gdyby się spowiadał z najczarniejszéj zbrodni.
„Wybiłeś go? poczciwy ojciec Bhaer! chciałbym widziéć żebyś się teraz dopuścił tego!“ odezwał się Antoś i uniesiony słusznym gniewem, porwał go za kołnierz.
„To już takie dawne rzeczy! Teraz dałbym sobie raczéj głowę uciąć, niżelibym to uczynił,“ odpowiedział Emil i wziął go przyjaźnie na barki, zamiast zbić, co byłby sobie poczytał za obowiązek, w każdym innym razie.
„Jakeś ty mógł to zrobić?“ odezwał się Adaś zprzestrachem.
„Obłęd mię ogarnął; zdawało mi się że to nietylko przykrém nie będzie, ale mi nawet przyjemność sprawi; lecz skorom raz mocno uderzył, przyszło mi na myśl wszystko co uczynił kiedykolwiek dla mnie i nie mogłem bić dłużéj. Gdyby mię był nawet rzucił o ziemię i deptał nogami, nie byłbym miał żalu, tak się czułem niegodziwym.“ Mówiąc to, uderzył się Emil mocno w piersi, na znak skruchy za przeszłośćł.
„Nie wspominajmy już Alfredowi ani słowa o tém zajściu, bo szlocha i nie może się utulić z żalu,“ odezwał się poczciwy Tomek.
„Ma się rozumiéć że tak zrobimy; ale czy kłamstwo nie jest okropną rzeczą?“ rzekł Adaś, któremu ten występek wydawał się tém straszniéjszy, że nie winowajca, lecz ukochany wuj Fritz, wycierpiał karę.
„Rozejdźmy się ztąd, żeby Alfred mógł swobodnie pójść na górę, jak zechce,“ rzekł Franz, i najpierwszy zmierzył ku szopie, gdzie się zwykle chronili w burzliwych chwilach.
Alfred nie zeszedł na obiad, ale mu go zaniosła