Strona:Mali mężczyźni.djvu/62

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i kochającym, jak dziewczynka. Profesor nazywał go swoją „córką“ w rozmowach z żoną, która wyśmiewała go trochę za tę słabość, woląc chłopców z usposobienem męzkiém, a nie słabém i lękliwém; ale mimo to pieściła go nienmiéj niż Stokrotkę, i Alfred uważał ją za kobietę wyjątkowéj dobroci.
Jedną tylko wadą niepokoił państwa Bhaer, chociaż wiedzieli że się musiała zrodzić z lękliwości i ciemnoty: oto kłamał niekiedy. Nie były to czarne kłamstwa, rzadko przechodziły kolor szary, a nawet często bywały bieluchnym żarcikiem, ale bądź co bądź kłamstwo jest zawsze kłamstwem, i chociaż wszyscy prawimy grzeczne nieprawdy na tym dziwacznym świecie, jest to rzecz naganna i każdy wié o tém.
„Nie możesz być nigdy dosyć uważający w tym względzie; czuwaj nad językiem, nad wzrokiem, nad ręką, bo łatwo jest dopuścić się nieprawdy mową, spojrzeniem i czynem,“ rzekł mu pewnego razu, pan Bhaer.
„Wiem że to rzecz naganna i nie chciałbym kłamać, alem zauważył, że daleko jest łatwiéj radzić sobie w życiu nierachując się bardzo ściśle z prawdą. Dawniéj dla tegom kłamał że się bałem ojca i jego towarzysza, a dziś kłamię, gdy się lękam, żeby mię chłopcy z czego nie wyśmieli. Wiem że to jest źle, ale się zapominam,“ rzekł Alfred mocno zawstydzony.
„Ja także kłamałem będąc bardzo małym chłopczykiem, i jakem jeszcze kłamał! ale mię wyleczyła babunia. Zgadnij jakim téż sposobem? Rodzice mię przestrzegali, łajali, karali, alem ja się ciągle zapominał, zupełnie tak samo jak ty; wówczas kochana babunia powiedziała „ja dopomogę twojéj pamięci i poskromię ci grzeszny język.“ Mówiąc to, kazała