Strona:Mali mężczyźni.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i nikt im nie przerywał. Gdy po uciszeniu się wreszcie téj rozmowy, pani Bhaer weszła żeby zabrać lampę, Adasia już nie było, Alfred zaś usnął z twarzą zwróconą ku obrazowi, jak gdyby się już nauczył kochać Boga- człowieka który miłował dziatki, i był wiernym przyjacielem ubogich. Twarzyczka chłopca była bardzo spokojna, i pani Ludwika pomyślała, że jeżeli takie skutki pozostawił jeden dzień starań i serdeczności, to rok cierpliwéj uprawy zpewnością może przynieść bogate plony na téj zaniedbanéj grządce, w któréj już zasiał najlepsze ze wszystkich ziarn, ten mały apostoł, w nocnéj koszulce.





Rozdział czwarty.
Stopniowe postępy.

W poniedziałek rano Alfred wszedł zalękniony do klasy, przewidując że się będzie musiał zdradzić przed kolegami ze swą ciemnotą; ale pan Bhaer wyznaczył, mu miejsce we framudze od okna, gdzie się mógł odwrócić od chłopców, i Franz wysłuchał go tam lekcyi; nikt więc nie słyszał jego mylnych odpowiedzi, i nie widział kleksów na kajecie. Szczerze był wdzięczny Alfred za to i pracował tak pilnie, że profesor zobaczywszy jego rozpaloną twarzyczkę i palce pomazane atramentem, powiedział uśmiechając się:
„Nie pracuj tak ciężko, chłopcze, bo się zmęczysz, a czasu jest dosyć przed tobą.“
„Muszę ciężko pracować, żeby dogonić kolegów, bo oni umieją dużo, a ja zgoła nic,“ rzekł Alfred.
„Owszem, umiész bardzo wiele rzeczy, całkiem im