Strona:Mali mężczyźni.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rzystać z niego, — z wyjątkiem jednéj Stokrotki, bo o nią nam nie chodzi.“
Podczas gdy Tomek mówił, Alfred wodził okiem od szemrzącéj brunatnéj wody w dole, do zielonego sklepienia w górze, gdzie pszczoły dźwięcznie brzęczały, racząc się długim, żółtym kwiatem, który napawał powietrze słodką wonią.
„Ach, jak tu pięknie!“ zawołał nareszcie. „Spodziewam się, że mi będzie wolno przychodzić czasem. Jak żyję, nie widziałem tak ładnego miejsca! Chciałbym ptakiem być, i tu zawsze przesiadywać!“
„Prawda, że tu bardzo ładnie i będziesz mógł przychodzić, jeżeli Adaś nie sprzeciwi się; ale — nie przypuszczam tego, bo mówił onegdaj w wieczór, że mu się podobasz.“
„Doprawdy?“ zapytał Alfred i uśmiechnął się radośnie, gdyż uznanie Adasia miało widoczną cenę u kolegów: w części dla tego, że był siostrzeńcem pani Bhaer, ale także z powodu, iż mimo młodego wieku, bardzo był poważny i sumienny.
„Tak, Adaś lubi cichych chłopców i pewno się zbliżycie z sobą, jeżeli masz także upodobanie w książkach.“
Biédny Alfred zarumienił się znowu, ale tym razem nie z radości, lecz ze wstydu, i odrzekł jąkając się:
„Nie umiem dobrze czytać, bom nigdy nie miał na to czasu, koczując bezustanku ze skrzypcami.“
„Ja téż nie lubię czytania, ale jak dokładam starań, to mi idzie dosyć gładko,“ odrzekł Tomek i rzucił nań zdumione spojrzenie, które znaczyło: „dwunastoletni chłopak nie umié czytać!“
„Ale za to potrafię czytać nuty,“ dodał Alfred zmięszany trochę wyznaniem, że taki z niego nieuk.