Strona:Mali mężczyźni.djvu/332

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Rozdział dwudziesty pierwszy.
Dziękczynienie.

W Plumfield obchodzono zawsze tę doroczną uroczystość po staroświecku, niewprowadzając żadnych zmian. Na kilka dni przedtém dziewczynki pomocne były pani Bhaer i Azyi w kuchni, jako téż i w śpiżarni. Robiły paszteciki i puddingi, gatunkowały owoce, okurzały talérze, — strojąc minki zafrasowane i poważne. Chłopcy zaczajeni w koło wzbronionych im miejsc, łykali rozkoszne zapachy, podglądali tajemnicze zajęcia, a czasem dostał im się jaki przysmak do skosztowania.
W obecnym roku zdawał się panować jeszcze większy ruch; dziewczęta krzątały się w pokojach górnych i dolnych, chłopcy w klasie i stodole, i cały dom był w jakiémś zamięszaniu Chciwie polowano na stare wstążki i wszelkie ozdoby; krajano i lepiono wciąż papiér złocony, — a pani Ludwika z Franzem spotrzebowali zadziwiającą ilość słomy, szarego perkalu, flaneli i dużych czarnych pereł. Antoś kuł dziwaczne maszynerye w warsztacie; Adaś i Tomek mruczeli ciągle coś pod nosem, jak gdyby ucząc się czegoś; u Emila dawał się niekiedy słyszéć głośny wystrzał; a z dziecinnego pokoju dochodziły wybuchy śmiechu, gdy malców wyprawiono z domu, na daleką przechadzkę. Pan Bhaer był jednak tém najbardziéj zaciekawiony, co się stało z olbrzymią banią Robcia. Zawieziono ją z tryumfem do kuchni, skąd wprawdzie ukazało się wkrótce dwanaście przyrumienionych pasztecików, ale na to może wyszła czwarta część, a gdzież reszta? Znikła, — Robcio jednak zdawał się obojętnym: chichotał się tylko, gdy wzmiankowano