Strona:Mali mężczyźni.djvu/326

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szkoły, i udał się do proboszcza z prośbą o książki i przyzwoite ubranie. Zacny ten pleban słysząc o próżniactwie chłopca, nie miał chęci przyjść mu z wielką pomocą: sądził przytém, że kiedy zaniedbuje matkę, i pozwala, by mu służyła jak niewolnica, nie zachowa się téż dobrze w szkole. Przez dobroć serca, i ze względu na szczere chęci Jasia, zajął się nim jednak i dla wypróbowania go powiedział:
„Dam ci, mój Jasiu, ubranie i książki; ale pod jednym warunkiem.“
„Pod jakim?“ zapytał Jaś, rozjaśniając twarzyczkę.
„Własnemi rękami będziesz matce zaopatrywał skrzynię w drzewo; a skoro tylko zaprzestaniesz, wydalę cię ze szkoły.“
Jaś roześmiał się z tak osobliwego, i o ile mu się zdawało, łatwego warunku, — i chętnie nań przystał.
Zaczął więc chodzić do szkoły, i przez jakiś czas doskonale sobie radził z drzewem; była to bowiem jesień, więc pełno znajdował wiórów i suchych gałęzi. Rano i wieczorem przynosił ich duży koszyk, albo drew urąbał do kuchenki. Przy oszczędności matki, niezbyt wielki był to trud; ale w listopadzie nastały mrozy, dni były chmurne i zimne, drzewo prędko się wypalało. Matka kupiła go furkę za własne pieniądze, lecz znikło, zanim Jaś przypomniał sobie, że powinien na potém zaopatrzéć chatkę.
Józefowa będąc już wątłą i zreumatyzmowaną, nie mogła tyle pracować co wpiérwéj, i biédny chłopczyna przewidywał, że wkrótce przyjdzie mu porzucić książki, a szukać ręcznéj roboty. Przykro mu było, bo się uczył dobrze i tak chętnie, iż tylko sen lub jadło odrywały go od lekcyi. Wiedząc jednak że proboszcz dotrzyma słowa, rad nie rad starał się za-