Strona:Mali mężczyźni.djvu/320

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rzekła miss Katarzyna, któréj nietyle szło o zmarnowane ciastka, jak o to, że jeden z jéj wychowanków musiał skłamać.
Skoro po wieczerzy położyli się spać, usłyszała ona po niejakiéj chwili jęki; poszła więc czémprędzéj zobaczyć co się dzieje, i okazało się, że Ludwik jest bardzo cierpiący. Miss Katarzyna, widząc że mu zaszkodziło jakieś jedzenie, z przestrachu miała już posłać po doktora, kiedy chory wyjąkał. „To od agrestu, bom ja go zjadł, i przed śmiercią muszę się przyznać pani do tego.“
„Jeżeli ci jest to tylko, dam ci emetyku, i niezadługo będziesz zdrów,“ rzekła. — Dostał zatém porządną naukę, ale gdy się do rana zupełnie wyleczył, zaczął błagać żeby nie mówiła nic chłopcom, bo się śmiać będą. Miss Katarzyna obiecała milczéć przez dobroć, ale służąca Salusia opowiedziała im całą historyę, i przez długi czas biédny Ludwik nie miał spokoju, gdyż koledzy nazywali go „agrestem“ i raz w raz pytali o cenę torcików.“
„Dobrze mu tak,“ odezwał się Emil.
„Zło zawsze wychodzi na jaw,“ dodał z powagą Adaś.
„Nie zawsze,“ mruknął Jakubek, który bardzo pilnie czuwał nad jabłkami, żeby odwróciwszy się od całego grona, ukryć zarumienioną twarz.
„Czy to już koniec?“ zapytał Dan.
„Nie; pierwsza część dopiéro, ale druga jest bardziéj zajmująca. — Wkrótce wstąpił tam wędrujący kupiec, żeby pokazać chłopcom swoje towary: kilku pokupowało grzebyki, piszczałki i różne tym podobne fraszki. Miał on téż scyzoryk w białéj oprawie, na który Ludwik ostrzył sobie zęby, ale już był wydał wszystkie pieniądze, a nie miał u kogo pożyczyć. Niemogąc się napatrzéć tego scyzoryka, trzymał go