Strona:Mali mężczyźni.djvu/297

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Robcio nie rozumiał dobrze, co się stało, ale nie mogąc patrzéć na smutek ojca, podniósł jego schyloną głowę i rzekł swym pieszczotliwym głosikiem:
„Nie płacz, mój ojcze! Wszyscyśmy tacy grzeczni; odbywaliśmy lekcye bez ciebie, a Franz był nauczycielem.“
Pan Bhaer podniósł głowę, przymusił się do uśmiéchu, i rzekł z wdzięcznością:
„Bardzo wam dziękuję; w piękny sposób przyszliście mi z pomocą. Bądźcie przekonani, że tego nie zapomnę.“
„To Franza myśl, i był doskonałym nauczycielem,“ rzekł Alfred, a ogólny szmer potwierdził to jego świadectwo.
Pan Bhaer postawił Robcia na podłodze, wyprostował się, i objął ręką smukłego młodziana, mówiąc z serdeczną radością:
„Doznałem przez was ulgi w tym ciężkim dniu, i odtąd jeszcze więcéj będę wam ufał. — Muszę odjechać na kilka godzin, bom w mieście potrzebny; myślałem zatém dać wam wakacye, lub odesłać niektórych do domów; ale jeżeli chcecie zostać i tak się prowadzić daléj, będę z was zadowolony i dumny.“
„Zostaniemy! Wolimy zostać! Franz może opiekować się nami!“ wołali, ucieszeni tym dowodem zaufania.
„Czy mama nie przyjedzie?“ zapytał Robcio ze smutkiem, bo dla niego dom bez „mamy“ był tém samém, co świat bez słońca.
„Oboje wrócimy wieczorem: droga ciocia Małgosia jeszcze więcéj potrzebuje teraz mamy, aniżeli ty, i wiem, że jéj ustąpisz na krótki czas.“
„Dobrze, ustąpię; ale Teodorek płakał za mamą, uderzył w twarz dozorczynię, i okropnie był nie-