Strona:Mali mężczyźni.djvu/296

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Wprawdzie mało co więcéj umiem od was, ale jeżeli nie macie nic przeciw temu, — jako najstarszy, postaram się zastępować wuja.“
Ton mowy Franza tak był skromny i poważny, że sprawił wielkie wrażenie na chłopcach: bo chociaż miał biédak czerwone oczy, od całonocnego płaczu, przeniknęła go jakaś męska, nowa siła, i widać było, że chce odważnie przyjąć tę pierwszą troskę.
„Ja się chętnie na to zgodzę,“ powiedział Emil, i zajął zaraz zwykłe miejsce, pomnąc na to, że posłuszeństwo względem zwierzchnika, jest głównym obowiązkiem marynarza.
Inni poszli za jego przykładem, a Franz zasiadł na krześle wuja, i przez całą godzinę panował zupełny porządek. Uczyli się i wydawali lekcye; Franz był cierpliwym i łagodnym nauczycielem, roztropnie unikał przedmiotów, którymby nie mógł podołać, i rządził raczéj powagą, wypływającą ze smutku, niżeli słowami. Mniejsza dziatwa czytała, kiedy posłyszano kroki w sieni, i wszyscy zwrócili oczy na pana Bhaer, żeby odgadnąć, z jaką wieścią przybywa. Zacna jego twarz oznajmiła im zaraz, że Adaś już nie ma ojca, była bowiem znużona, blada i pełna rzewnego smutku.
Gdy Robcio zawołał z wyrzutem:
„Dla czego odjechałeś w nocy, i zostawiłeś mię, papo?“
Przejęty myślą o innym ojcu, który téjże nocy odszedł swe dzieci na zawsze, przycisnął Robcia do serca, i przez chwilę ukrywał twarz w jego kędzierzawych włoskach. Emil ze współczuciem i smutkiem oparł głowę na jego ramieniu, a inni siedzieli tak cicho, że słychać było opadanie liści z drzew.