Strona:Mali mężczyźni.djvu/284

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chociaż są niewidzialne,“ odparł wuj Fritz, opiérając mu rękę na główce.
„My sobie wyobrażamy ze Stokrotką, że aniołki muszą miéć takie skrzydła, jak to, co Dan pokazywał przez szkło; tylko zapewne są miększe i ze złota.“
„Sądźcie o tém jak się wam podoba, i starajcie się, aby wasze skrzydełka były równie błyszczące i piękne; tylko nie odlatujcie jeszcze długi czas.“
„Ja nie odlecę,“ odrzekł Adaś, i dotrzymał słowa.
„Bądźcie zdrowi, chłopcy; muszę teraz odejść, ale was pozostawiam z nowym profesorem historyi naturalnéj,“ powiedziała pani Ludwika, bardzo zadowolona z ubiegłego dnia.





Rozdział osiemnasty.
Zbieranie plonów.

Gospodarka dobrze się powiodła dzieciom owego lata, i w sierpniu z wielką uciechą zebrały plony. Jakubek i Antoś uprawiali kartofle, jako korzystny towar; zebrawszy ich bowiem, wraz z drobnymi, trzy ćwierci, sprzedali po wysokiéj cenie ojcu Bhaer, który zawsze potrzebował wielkiéj ilości, na użytek domowy. Emil i Franz poświęcili się zbożu, i zwieźli spory zapas do stodoły; poczém zmielone na mąkę, z tryumfem przywieźli znów do domu, ciesząc się, że przez długi czas będą z niéj ciasteczka i różne przysmaki. Pieniędzy przyjąć za nią nie chcieli, i Franz powiedział „Choćbyśmy sieli zboże do końca życia, nie wypłacimy się nigdy za wszystko, co wuj dla nas uczynił.“