Strona:Mali mężczyźni.djvu/268

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pląsać, rżéć, zżymać się, do woli. Po kilku dniach uporu, poddał się „książę“ i dał wsiąść na siebie. Z początku przystawał często, rozglądając się do koła, jak gdyby mówił cierpliwie, ale z wyrzutem:
„Nie rozumiem tego, lecz się nie wzbraniam, bo mię pewno nie zechcesz skrzywdzić.“
Dan klepał go, zachęcał i ujeżdżał co dzień po trosze. Wprawdzie spadł nieraz, ale mimo tych przeszkód nie ustawał w próbach. Wielka brała go ochota na siodło i uzdę, ale nie śmiał wyjawić tego, co dotąd czynił. Spełniło się jednak życzenie jego, bo niewidzialny świadek tych wycieczek, wstawił się za nim.
„Czy pan wié, co ten chłopiec robi?“ zapytał Silas profesora, gdy mu wydawał pewnego wieczora zlecenia na następny tydzień.
„Który?“ odezwał się tenże, spodziewając się przykrego odkrycia.
„Dan: ujeżdża źrebca, — i trzeba przyznać, że się dobrze do tego bierze,“ powiedział Silas ze śmiéchem.
„Zkądże to wiész?“
„Ja mam oko na chłopców, i wiem zawsze, co robią. Jak tylko Dan zaczął chodzić na łąkę i wracał do domu powalany i pełen sińców, wziął mię strach, czy w tém niéma czegoś złego; zakradłem się więc do stajennéj izdebki, by stamtąd przyglądać się jego harcom. Prawda, że nieraz spadł na ziemię, ale to zuch! Wszystko wytrzymał, — nawet z widoczną przyjemnością, — i tak mocno siedzi na koniu, jakby się z nim zrósł.“
„Nietrzeba było dopuszczać do tego, mój Silasie, bo się chłopiec mógł zabić!“ zawołał pan Bhaer, zapytując siebie w duchu, na co się jego chłopaki nie odważą.“