Strona:Mali mężczyźni.djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Wiedziałam, że to byłby nierozsądny krok; a co większa, przywiązanie do matki zatrzymało mię w domu.“
„Ja nie mam matki,“ powiedział Dan.
„Myślałam, że ją masz teraz,“ rzekła pani Ludwika, łagodnie odgarniając mu włosy ze spotniałego czoła.
„Pani jesteś nieskończenie dobrą dla mnie, i nigdy nie zdołam się odwdzięczyć: ale to nie jest to samo, prawda?“ zapytał, spoglądając tak smutno i rzewnie, że ją wzruszył do głębi serca.
„Nie jest to samo, mój drogi, — i w żaden sposób nie może być tém samém. Rodzona matka byłaby dla ciebie olbrzymią pomocą; ale ponieważ nie żyje, pozwól, bym ja ci ją zastąpiła. Widać, że nie czynię dla ciebie wszystkiego, co należy, kiedy mnie chcesz opuścić,“ rzekła ze smutkiem.
„Już mię odstąpiła ta pokusa, i nie oddalę się nigdzie, jeżeli to będzie tylko w mojéj mocy; ale od czasu do czasu popycha mię coś niejako do ucieczki. Chciałbym biedz bez kresu, zmiażdżyć jakiś przedmiot, lub rzucić się na kogoś. — Nie rozumiem siebie, ale taki jest mój stan, i nie zdołam się zeń otrząsnąć.“
Chociaż mówił to ze śmiechem, głębokiego musiał doznawać wrażenia, bo ściągnęły mu się czarne brwi, i z taką siłą uderzył pięścią w ramę od okna, że naparstek pani Ludwiki spadł na trawnik. Gdy go podawał, przytrzymała jego wielką, opaloną rękę, i rzekła tonem zdradzającym, ile ją kosztują te słowa:
„Wymykajże się, mój Danie, kiedy ci tak gwałtownie tego trzeba, lecz nie oddalaj się bardzo, i wracaj tu zawsze, bo mi tęskno bez ciebie.“