Strona:Mali mężczyźni.djvu/250

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Chyba ci to powiem, że hodowała ich mnóstwo, i na noc pakowała wszystkie do beczki, zkąd je nieraz wypuszczałem; rozbiegały się wówczas po całym domku, ona zaś zła, jak furya, goniła je, by zamknąć napowrót.“
„Czy dobra była dla nich?“ zapytał Adaś, śmiejąc się serdecznie.
„I jak jeszcze! Skoro się tylko znalazło w mieście chore lub opuszczone stworzenie, zaraz brała je do siebie; a jak ktoś potrzebował kota, to szedł do niéj, wybiérał najładniejszego, i płacił tylko 9 pensów[1]; ona zaś była uradowana, że biédactwo znalazło pomieszczenie.“
„Chciałbym zobaczyć tę panią.“
„Już nie żyje; wszyscy moi pomarli,“ krótko odparł Dan.
„Bardzo żałuję!“ rzekł Adaś, i przez chwilę milczał, zastanawiając się, w jaki sposób przedłużyć te rozmowę. Czuł, że to rzecz draźliwa, badać o staruszkę, ale pragnął usłyszéć coś jeszcze o kotach, więc zapytał ostrożnie:
„Czy ona umiała wyleczyć chorego kota?“
„Czasami; gdy jeden naprzykład złamał nóżkę, przywiązała ją do deseczki, i wyzdrowiał; ale niektóre zdychały i grzebała je; te zaś, co nie mogły wyzdrowiéć, miała zwyczaj zabijać.“
„W jaki sposób?“ zapytał Adaś, z uśmiéchu Dana miarkując, że owa jejmość używała szczególnych sztuk, i że do jéj kotów muszą być przywiązane wesołe wspomnienia.

„Jedna dobra pani, lubiąca koty, przysyłała jéj swoje, i nauczyła zabijać je eterem. Staruszka kładła

  1. Półtora złotego.