Strona:Mali mężczyźni.djvu/238

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ta spowiedź bardzo krótka, niewykwintna, brzydko napisana i kreślona w wielu miejscach, stanowiła jednak ważny dokument dla Dana. Gdy pan Bhaer zamilkł, uradowany chłopak pobiegł ku niemu i rzekł przez łzy, z poszanowaniem, jakiego starano się go tam nauczyć:
Teraz przyznam, że żałuję winy i poproszę o przebaczenie.“
„To było zacne kłamstwo, mój Danie, i muszę ci je darować; ale jak widzisz, nie wyszło na dobre,“ powiedział profesor opierając ręce na jego ramionach, z twarzą wyrażającą serdeczne zadowolenie.
„Dla tegom tak postąpił, żeby chłopcy przestali dręczyć Alfreda, bo jemu to bardziéj dolegało, niżeli mnie,“ rzekł Dan, z widoczną przyjemnością korzystając z mowy, po tak zaciętém milczeniu.
„Czy podobna żebyś to zrobił! aleś ty był zawsze taki dobry dla mnie!“ rzekł drżącym głosem Alfred. Brała go wielka chęć rozpłakać się i uściskać przyjaciela, lecz bał się oburzyć go, tak babskim objawem czułości.
„Wszystko się już wyjaśniło, więc nie szaléj, mój drogi,“ rzekł Dan przełykając łzy, i roześmiał się wesoło, po raz pierwszy od kilku tygodni. „Czy pani Bhaer wié o tém?“ zapytał po chwili.
„Ma się rozumiéć, i taka jest uszczęśliwiona!“ odparł profesor. Dalszą mowę przerwali mu chłopcy, bo zaciekawieni i przejęci radością, otoczyli Dana; lecz zanim zdołał odpowiedziéć na ich liczne pytania, nowy głos wykrzyknął:
„Niech żyje Dan!“ i pani Ludwika ukazała się na progu, powiewając serwetą. Zdawało się, iż z radości gotowa tańczyć, jak to było jéj zwyczajem w dzieciństwie.