Strona:Mali mężczyźni.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się odżałować, że owe pieniądze Tomka narobiły tyle frasunku.
Pan Bhaer przyszedł nazajutrz rano do szkoły, z tak uradowaną twarzą, że chłopcy zaciekawieni byli co mu się stało, i zaczęli przypuszczać że oszalał, skoro poszedł prosto do Dana, ujął go za obie ręce, i ściskając serdecznie, rzekł:
„Już wiem wszystko, i przepraszam cię. Ten postępek w piękném świetle przedstawia twój charakter; ale pamiętaj, że nawet przez przyjaźń nie należy kłamać.“
„Co to znaczy?“ zawołał Alfred, bo Dan nie wyrzekł ani słowa, tylko podniósł głowę, jak gdyby do owéj chwili jakiś ciężar pochylał ją ku ziemi.
„Dan nie wziął pieniędzy Tomka!“ powiedział pan Bhaer z radością.
„Więc któż je wziął?“ chórem zawołali chłopcy.
Profesor wskazał na jedno puste miejsce: wszystkie oczy poszły w ślad za jego palcem, ale się nikt nie odezwał, takie zdumienie ogarnęło całe grono.
„Jakubek oddalił się ztąd dziś rano, i oto co zostawił,“ rzekł pan Bhaer; poczém wśród ogólnéj ciszy, przeczytał kartkę którą wstawszy z łóżka, znalazł przywiązaną do klamki, u swych drzwi.
„To ja wziąłem Tomkowi dollara; bo zaglądając przez szczelinę, zobaczyłem gdzie chowa pieniądze. Miałem chęć przyznać się prędzéj, alem się obawiał. O Alfreda nie tyle mi chodziło, ale z Dana taki poczciwy chłopak, żem już nie mógł wytrzymać. Nie wydałem tych pieniędzy: są w moim pokoju, pod dywanem, za umywalnią. Żałuję, żem to zrobił, i ponieważ nie przypuszczam żebym tu jeszcze wrócił, niech sobie Dan zabierze moje rzeczy.

Jakubek.“