Strona:Mali mężczyźni.djvu/223

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się, powtarzając ciągle: „On nie ukradł! nie ukradł! nie ukradł!“
Wujostwo nie próbowali zachwiać jéj wiary w przyjaciela; mieli tylko nadzieję, że jéj niewinny instynkt okaże się może nieomylnym, i więcéj jeszcze przywiązała ich tém do siebie. Skoro to wszystko minęło, Alfred nieraz mówił, że gdyby nie Stokrotka, nigdyby nie zdołał tego przetrzymać. Podczas kiedy go inni unikali, ona się garnęła bardziéj niż kiedykolwiek, stroniąc od jego prześladowców. Zamiast się czaić na wschodach, gdy szukał pociechy w starych skrzypcach, wchodziła do pokoju, i wsłuchiwała się z twarzyczką tak ufną i kochającą, że Alfred zapomniał chwilowo o strapieniu, i był szczęśliwym. Prosiła, by jéj pomagał odrabiać lekcye, gotowała mu na swéj kuchence przysmaki, które odważnie zjadał bez względu na ich dobroć, — bo wdzięczność stanowiła doskonałą przyprawę. Widząc, że unika kolegów, chciała z nim grywać w krykieta, chociaż tego nie potrafiła; przynosiła mu bukiety ze swego ogródka, i wszelkimi sposobami starała się dowieść, że zamiast być zmienną chorągiewką, pozostanie wierną przyjaźni, pomimo złéj sławy, na jaką biédak jest skazany chwilowo. Wkrótce i Andzia, idąc za jéj przykładem, hamowała ostry języczek, i nie objawiała już wzgardliwą minką nieufności i niechęci, — co było bardzo wiele, ponieważ „Iskra“ miała przekonanie, że Alfred wziął owe piéniądze.
Większa część chłopców nie zadawała się z nim; jeden tylko Dan, chociaż mówił, że pogardza tym tchórzem, osłaniał go jakąś cierpką opieką; i każdy co się ośmielił dręczyć lub straszyć Alfreda, dostawał pięścią od Dana. Miał on tak wysokie wyobrażenie