Strona:Mali mężczyźni.djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Może ci pożyczę cokolwiek, bom jeszcze nie namyślił się, co zrobię ze swoim kapitałem,“ powiedział Tomek, — to podrzucając swe skarby, to chwytając je w locie.
„Hej, chłopcy! Chodźcie nad strumyk, zobaczycie jakiego dużego i ładnego węża, złapał Dan!“ zawołał głos z poza stodoły.
„Chodźmy,“ odezwał się Tomek, i włożywszy piéniądze w starą wialnię, wybiegł, a za nim poszedł i Alfred.
Długi czas zajmował ich uwagę wąż, potém nastąpiła gonitwa za kulawą wroną i schwytanie jéj, — więc Tomek zupełnie zapomniał o piéniądzach, i dopiéro gdy się położył spać, przyszły mu na pamięć.
„Mniejsza o to; wszakże prócz Alfreda nikt nie wié, gdzie są,“ pomyślał, i wkrótce zasnął, spokojny o swe mienie.
Nazajutrz rano, gdy się chłopcy zebrali już w klasie, Tomek wpadł zdyszany między nich, pytając:
„Kto mi zabrał dollara?“
„Co ty pleciesz?“ odezwał się Franz.
Wówczas Tomek opowiedział, co zaszło, a Alfred zaświadczył, iż widział te pieniądze.
Wszyscy skwapliwie zapewniali, że nic o tém nie wiedzą, i podejrzliwie zaczęli spoglądać na Alfreda, który coraz bardziéj mięszał się i trwożył.
„Jednakże ktoś musiał je wziąć,“ odezwał się Franz, gdy Tomek, grożąc pięścią całéj gromadce, gniewnie zawołał:
„Niechno ja schwytam złodzieja, to mię popamięta!“
„Uspokój się, Tomku, znajdziemy go; Pan Bóg nigdy nie błogosławi złodziejom,“ rzekł Dan, widocznie świadomy tych rzeczy.