Strona:Mali mężczyźni.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Rozdział czternasty.
Damon i Pytyas.

Pani Bhaer miała słuszność: owa cisza była tylko chwilową, burza się zbliżała, — i we dwa dni po wyjeździe Beci, moralne trzęsienie ziemi poruszyło Plumfield, aż do głębi.
Powodem zamięszania były kury Tomka: bo gdyby nie znosiły tak wytrwale i dużo jajek, nie byłby ich mógł sprzedawać, i zbiérać takich sum. Piéniądz, to przyczyna wszystkiego złego; ale tak jest potrzebnym, że się zarówno bez niego nie można obejść, jak naprzykład bez kartofli. Tomek był jednak żywym dowodem, że są wyjątki, bo tak skwapliwie wydawał zarobek, że pan Bhaer założył mu kasę oszczędności we wspaniałéj blaszanéj budowli, z napisem nad drzwiami, o wysokim kominie do wpuszczania piéniędzy, gdzie miały brząkać kusząco, póki nie przyjdzie pozwolenie otwarcia pewnego spustu w podłodze.
Ów gmach tak szybko nabiérał wagi, że Tomek wkrótce rad był z pomysłu i obiecywał sobie kupić za ten kapitał niesłychane skarby. Utrzymywał rachunek składanych summ, i z warunkiem, że roztropnie spożytkuje piéniądze, wolno mu było wypróżnić bank, uzbiérawszy pięć dollarów. Brakowało już tylko jednego; więc gdy pani Ludwika zapłaciła mu pewnego dnia za cztery tuziny jajek, tak był uradowany, że pobiegł do stodoły pokazać świetny zarobek Alfredowi, który także odkładał piéniądze na upragnione skrzypce.
„Chciałbym miéć te dollary; bo dodawszy je do moich trzech, byłoby dosyć na mój wymarzony sprawunek,“ rzekł z zadumą.