Strona:Mali mężczyźni.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i nakazawszy Emilowi i Jakubkowi żeby z nią poszli, a reszcie by się nie ruszała, wsiadła na osła, nawet bez szala i kapelusza.
Słyszała że ktoś biegnie za nią, niemówiąc ani słowa; lecz dopiéro gdy się raz zatrzymała żeby zawołać i nadsłuchiwać odpowiedzi, światło latarni padło na twarz Dana.
„Ty, tutaj! Powiedziałam żeby się Jakubek wybrał,“ rzekła, chcąc go odprawić do domu, chociaż tak bardzo potrzebną jéj była pomoc.
„Nie puściłem go, bo jeszcze nie jadł wieczerzy; a przytém, chciałem koniecznie towarzyszyć pani.“ Po tych słowach umilkł, i odebrał od niéj latarnię z taką pewnością siebie, iż uczuła, że chociaż to dziecko jeszcze, może na niém polegać.
W mgnieniu oka zeskoczywszy na ziemię, gwałtem kazała mu wsiąść na osła, poczém zwolna posuwali się wśród pustki, przystając niekiedy by zawołać i z zapartym oddechem nadsłuchiwać, czy ich nie dojdą dziecięce głosiki.
Skoro przybyli na wielkie-pastwisko, inne światła już migotały tu i owdzie jak błędne ogniki, i słychać było wołanie pana Bhaer „Robciu! Andziu! Robciu! Andziu!“ Silas także krzyczał lub gwizdał. Dan zagłębiał się w tę i w owę stronę na osiołku, który jak by rozumiejąc o co chodzi, z niezwykłą uległością pozwalał się prowadzić w najmniéj przystępne miejsca. Pani Ludwika często nakazywała wszystkim milczenie, mówiąc ze łkaniem:
„Ten zgiełk może ich przestraszyć; pozwólcie żebym ja zawołała; Robcio pozna mój głos.“ Starała się na różne tkliwe tony obwoływać to drogie imię, aż je echa łagodnie powtarzały i zefiry roznosiły usłużnie, ale — nie było odpowiedzi.