Strona:Mali mężczyźni.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Oddaj mi, krówko z siercią pstrokatą,
Mleko swe, nektar drogi
Ja cię osłonię jedwabną szatą,
Ozłocę twoje rogi.“

Te nieśmiertelne rymy niewiele jednak pomogły, bo krowa będąc wydojoną, dała już tylko odrobinę mléka, spragnionym dzieciom.
„Sio, idż precz! ty, starucho!“ wołała niewdzięczna Andzia, wyrzekając się dalszych prób; a biédna krówka odeszła zwolna, pomrukując gniewnie.
„Dostaniemy po jednym łyku, a potém trzeba będzie chodzić trochę, żebyśmy nie usnęli; bo kto zabłądził, ten nie może spać. Czy nie znasz téj powiastki o Annie Lee, która zasnęła pod śniegiem i umarła?“
„Teraz śniegu nie ma; bardzo jest miło i ciepło,“ rzekł Robcio, obdarzony mniéj żywą wyobraźnią.
„Zawsze jednak lepiéj przejść się trochę i wołać. Jeżeli nikt nie przyjdzie, to się schowamy pod krzakiem.“
Przechadzka ich bardzo krótko trwała, gdyż Robcio tak był śpiący, że niemogąc ustać, padał ciągle na ziemię; Andzia zaś coraz więcéj traciła cierpliwość, i strach ją ogarniał, z powodu przyjętéj odpowiedzialności.
„Jeżeli jeszcze raz upadniesz, to cię wybiję,“ rzekła podnosząc malca bardzo łagodnie, gdyż jéj słowa zawsze bywały ostrzejsze od czynów.
„Nie bij mię, bo to moje trzewiczki — tak się — ślizgają,“ rzekł Robcio, i mężnie pokonał wydobywające mu się łkanie, dodając tak żałośnie, że się aż serce Andzi wzruszyło: „Gdyby mię komary nie kąsały tak bardzo, tobym mógł spać, póki mama nie przyjdzie.“