Strona:Mali mężczyźni.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Doprawdy?“ zawołał Dan z zadziwieniem i radością.
„Ucz się być cierpliwym i pogodnym, mimo bólu i braku rozrywek; baw Teodorka, zwijaj mi bawełnę, czytaj mi głośno, podczas gdy szyję — bo to wszystko nie nadweręży ci nogi; a w ten sposób, nie będziesz się nudził, ani tracił czasu.“
Tu, Adaś wpadł z dużym motylem w jednéj ręce, i ze szkaradną ropuchą, w drugiéj.
„Patrz Danie, com znalazł! Wróciłem się z przechadzki, żeby ci to oddać. Spodziéwam się, że to ładne rzeczy!“ wołał zdyszany.
Dan roześmiał się z ropuchy i odrzekł „nie mam jéj gdzie podziać; ale motyl bardzo piękny, i jeżeli pani Bhaer zechce mi dać dużą szpilkę, to go przypnę wysoko w szufladzie.“
„Nie lubię patrzéć na męczarnie tych biédnych istotek; jeżeli je trzeba zabić, to skróćmy przynajmniéj cierpienia, kroplą kamfory,“ rzekła pani Ludwika podając flaszeczkę.
„Ja wiem, jak się to robi: pan Hyde zawsze je zabijał w ten sposób; ale niemając kamfory, musiałem używać szpilki,“ rzekł Dan, i ostrożnie nalał kropelkę, na łebek owada. Blado-zielone skrzydła trzepotały się chwilę, a potém ustały znaki życia.
Zaledwie się skończyła ta prosta operacya, Teodorek wykrzyknął z sypialnego pokoju „ach! male lacti ucietly, a duzy zjadl je wsysttie!“ Adaś i pani Ludwika pobiegli na pomoc i oto co ujrzeli: Teodorek podskakiwał gorączkowo na krzesełku, a dwa raczki pełzały po podłodze, wymknąwszy się z klatki przez pręciki; trzeci wgramolił się na szczyt téjże, widocznie przejęty trwogą o życie, u dołu bowiem przedstawiał się smutny a jednak komiczny obraz.