Strona:Mali mężczyźni.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i nieograniczoną cierpliwością tak nim pokierujesz, jak mną kiedyś kierowano.“
„Albożeś ty była kiedy podobną do tego ladaco?“ zawołał pan Bhaer ze śmiechem wprawdzie, ale na wpół rozgniewany.
„Takie same miałam skłonności, tylko się inaczéj objawiały. Dla tego odczuwam niejako instynktem jego wrażenia: odgaduję co go ułagodzi lub wzruszy; pojmuję pokusy i błędy. Bardzo się z tego cieszę, bo mi łatwiéj będzie wpływać nań, i jeżeli zdołam z tego dzikiego chłopca uczynić porządnego człowieka, będzie to najpiekniejszém dziełem w mojém życiu.“
„Oby ci Bóg błogosławił, i wspierał cię swą pomocą!“ rzekł pan Bhaer z takiém przejęciem, z jakiém ona przedtém mówiła.
Gdy poszli następnie do pokoju, gdzie Dan pozostał, zdawało się, że jest pogrążony w głębokim śnie; jednakże natychmiast podniósł żywo głowę i probował zerwać się, ale pan Bhaer rzekł żartobliwie:
„A więc wolisz Plumfield, niż zakład pana Page? Dobrze: — zobaczymy, czy teraz będzie między nami trwalsza zgoda?“
„Dziękuję panu,“ odezwał się Dan, usiłując nie być opryskliwym, co mu przyszło nadspodziéwanie łatwo.
„Teraz weźmiemy się do nogi. Ach! cóż za okropna rana! Trzeba sprowadzić jutro doktora. — Ludko, daj-no ciepłéj wody i starego płótna.“
Zacny profesor obmył i obwiązał skaleczoną nogę, a pani Ludwika przysposabiała tymczasem jedyne łóżko, jakie było wolne. Stało ono w pokoju przyległym do bawialnego: skoro chłopiec który zachorował, umieszczano go tam zwykle, bo w ten sposób pani Bhaer nie potrzebowała biegać ciągle po wscho-