Strona:Mali mężczyźni.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


To spojrzenie i te słowa bardzo ją wzruszyły, podniosła go więc, i rzekła serdecznie:
„Spodziéwałam się że wrócisz mój Danie, i takam uradowana, że cię widzę!“ wówczas rozbudził się zupełnie, z przestrachem zaczął sobie przypominać, gdzie jest i niedowierzał tak miłemu powitaniu. Zaraz mu się jednak zmienił wyraz twarzy i rzekł szorstko, jak zwykle:
„Miałem ztąd odejść jutro rano i tylkom się w przechodzie zatrzymał, żeby zajrzéć co się tu dzieje.“
„Czemuż nie wszedłeś do domu? czyś nie słyszał żeśmy wołali? Teodorek cię zobaczył i płakał za tobą.“
„Nie przypuszczałem żeby mi pani pozwoliła wejść!“ rzekł, i podniósł z ziemi małe zawiniątko, widocznie zabiérając się do odejścia.
„Sprobuj, to się przekonasz,“ odparła pani Bhaer, i wskazała ręką na drzwi, przez które światło wabiło ku sobie.
Dan westchnął głęboko, jak gdyby mu ciężki kamień spadł z serca, — wziął gruby kij, i zaczął dążyć ku domowi; lecz nagle zatrzymał się, pytając:
„Może pan Bhaer nie będzie rad temu, bom ja uciekł od pana Page?“
„On wié o tém, i bardzo się zasmucił; ale możesz wejść. Cóż to, kulejesz?“ zapytała pani Ludwika, gdy zaczął utykać, idąc obok niéj.
„Jakem się raz wspinał po murze, spadł mi kamień na nogę i przygniótł ją; ale to fraszka,“ powiedział, starając się ukryć ile go bólu kosztuje każdy krok.
Gdy pani Ludwika wprowadziła go do swego pokoju, rzucił się na krzeszło i głowę zwiesił w tył, blady i bezsilny, z bólu i znużenia.