Strona:Mali mężczyźni.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Rozdział dziesiąty.
Powrót.

Gdy lipiec nastał, zaczęło się zbiéranie plonów: ogródki śliczne kwitły, i długie letnie dni rozkosznie schodziły. Dom stał otworem od rana do nocy, i chłopaki przebywały ciągle na wolném powietrzu, z wyjątkiem tylko szkolnych godzin. Lekcye bywały krótkie, a wakacye liczne, gdyż państwo Bhaer częstym ruchem, chcieli wyrobić w dzieciach siły. Jakże ci chłopcy byli rumiani, opaleni, żwawi! jaki mieli apetyt, jak tyli, jak wyrastali z majtek i kurtek! Co było śmiéchu, gonitw, co figlów, w domu i w szopie, co przygód na dalekich wycieczkach! A jakie zadowolenie panowało w zacnych sercach państwa Bhaer, gdy widzieli, że ich gromadka rozwija się na duchu i ciele! Jednéj tylko rzeczy brakowało do szczęścia, i ta nastąpiła w chwili, kiedy się najmniéj spodziéwano.
Pewnego wieczora, gdy się już mali chłopcy pokładli, starsi kąpali się w strumieniu, a pani Bhaer rozbiérała Teodorka w swoim pokoju, malec ten wykrzyknął nagle „Mój Dancio!“ i wskazał na okno, oblane światłem księżyca.
„Nie, kochanku, niéma go tutaj; to tylko ładny księżyc,“ rzekła matka.
„Nie, nie; Dancio jest psy otnie, Teodolet widział!“ powiedziało dziecko z uporem.
„Ha, mogłoby to być,“ pomyślała; lecz postać znikła bez śladu. Zaczęła go przyzywać, wybiegła do bramy z Teodorkiem w koszulce, i kazała mu także wołać, z tą myślą, że jego dziecięcy głos odniesie większy skutek; jednakże nikt nie odpo-