Strona:Mali mężczyźni.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


budziła wszystkich do śmiéchu, gdy rzekła swym powolnym, pytającym tonem.
„Jakżeby to mogło być, kiedy z niéj taki chłopak?“
„Prawda, ona zarówno jak wy powinna się poprawić, i mam nadzieję że jéj dacie przykład ładnego ułożenia.“
„Czy ona także będzie grzecznym młodzieńcem?“ zapytał Robcio.
„Bardzoby tego pragnęła; prawda, Andziu?“ rzekł Tomek.
„Wcale nie, bo nienawidzę chłopców!“ zawołała gniewnie, gdyż ją rączka jeszcze paliła, i czuła już po trosze, że można było dowieść odwagi, w mądrzejszy sposób.
„Przykro mi że nienawidzisz moich chłopców, bo oni umieją być mili, jak chcą. Uprzejmość w spojrzeniu, w słowie i w obejściu, — oto prawdziwa grzeczność, i każdy ją może posiąść, kto tak wychodzi z ludźmi, jakby chciał, żeby z nim wychodzili.“
Pani Bhaer zwracała te słowa do Andzi, ale chłopcy mrugali na siebie, widocznie rozumiejąc przymówkę, — a więc przez cały ciąg wieczerzy, podawali masło, z niezwykłą wytwornością i poszanowaniem mówili „proszę,“ „dziękuję,“ „tak, panie,“ „nie, pani.“ Andzia milczała, ale ją brała wielka chęć rozśmieszyć czém Adasia, żeby nie stroił tak uroczystéj miny. Widać że już zapomniała o swéj nienawiści do chłopców, bawiła się bowiem z nimi, aż do zmroku. Zauważano, że Nadziany często jéj pozwalał oblizywać swój cukier lodowaty, czém widocznie ułagodził jéj temperament, gdyż idąc spać, powiedziała: