Strona:Mali mężczyźni.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


prowadzenia dzieci polega na tém, żeby wiedziéć jak wiele sobie przysług wzajemnie oddają, i kiedy je łączyć należy.
„Żeby nas tylko nie podpaliła znowu!“
„Biedny Dan! Nie mogę sobie darować, żem go puściła,“ odrzekła z westchnieniem. — Teodorek, który nie zapomniał swego przyjaciela, posłyszawszy to imię wyrwał się z objęć ojca, pobiegł do drzwi, wyjrzał z zasępioną twarzyczką na trawnik oblany słońcem, i przydreptał napowrót, mówiąc, jak po każdym zawodzie:
„Mój Dancio pzyjdzie niezadludo.“
„Doprawdy, zdaje mi się że go należało zatrzymać — chociażby tylko przez wzgląd na Teodorka. On go tak kochał! Może przywiązanie tego dziecka do kazałoby więcéj, niż nasze trudy.“
„Ja sam nieraz to myślałem; ale ponieważ buntował chłopców, i o mało nie spalił domu, zdawało mi się bezpieczniéj usunąć go, — choćby czasowo,“ rzekł pan Bhaer.
„Obiad już gotów, zadzwonię!“ odezwał się Robcio, i rozpoczął taki koncert, że już niemożna było rozmawiać.
„Mogę zatém wziąć Andzię?“ zapytała pani Ludwika.
Nawet dwanaście, jeżeli ci się spodoba, moja droga,“ odparł profesor, który miał miejsce w swém ojcowskiém sercu, dla wszystkich swawolnych i opuszczonych dzieci.
„Gdy pani Bhaer wróciła z przejażdżki owego popołudnia, jeszcze nie zdołała wydobyć gromadki mniejszych chłopców, bez których rzadko wyruszała się z domu, kiedy dziesięcioletnia dziewczynka wyskoczyła z tyłu karyolki i wpadła do sieni, wołając: