Strona:Mali mężczyźni.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


że nigdyby tego nie dokazało porządne oćwiczenie, według surowéj rady Azyi.
Przez kilka dni robił Dan wielkie wysilenia, lecz nieprzyzwyczajony będąc do tego, znużył się i wrócił nareszcie do dawnych psot. Pewnego razu, wypadło panu Bhaer wyjechać do miasta na cały dzień, chłopcy nie mieli zatém lekcyi. Zadowoleni z tego, bawili się aż do późnego wieczora; nareszcie, kiedy wielu z nich usnęło już twardo, w głowie Dana powstał plan, z którego zwierzył się Alfredowi, gdy pozostali sami.
„Patrzno,“ rzekł, wyjmując z pod łóżka butelkę, cygaro i talię kart. „Zabawię się trochę, jak dawniéj bywało, z koleżkami, w mieście. Przyniosłem piwa i cygaro od tego starego, z placu; możecie zapłacić: ty albo Tomek, bo co ja, to nic nie mam. Pójdę zaprosić Tomka — albo ty idź lepiéj, bo ci to ujdzie bezkarnie.“
„Boję się rozgniéwać państwa Bhaer,“ rzekł Alfred.
„Nie będą wiedzieli; starego Bhaera niéma w domu, a pani Ludwika zajęta Teodorkiem, który dostał krupu, czy tam czegoś — nie może go zatém odejść. Nie będziemy długo siedzieć ani hałasować, więc cóż w tém złego?“
„Azya pozna, że się lampa długo paliła; ona to zaraz miarkuje.“
„Nie bój się, przyniosłem ślepą latarkę; niedużo daje światła, i jak tylko usłyszymy, że ktoś idzie, będzie ją można prędko zgasić,“ rzekł Dan.
Ten pomysł podobał się Alfredowi jako romantyczny, wybrał się więc po Tomka, ale raz jeszcze wsunąwszy głowę, zapytał:
„Czy chcesz także Adasia?“
„Nie; zarazby oczy przewracał i prawił kazanie.