Strona:Maksym Gorki - W więzieniu.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ja, wie pan, jestem bardzo miłosierny... cierpiałem sam wiele i ludzi rozumiem, tak, tak. Otóż, wie pan, siedzi sobie raz w moim kurytarzu zbiegły katorznik, młody, zdrowy, miły człowiek... był chłopem, ale uśmiechał się jak wielki pan... gdy się tylko uśmiechnął nie mogłeś mu niczego odmówić. Powiada naprzykład: Daniłowicz, przynieście mi tytoniu... to ja zaraz idę i przynoszę mu tytoniu... ha wie pan... ukradł ci on raz gdzieś scyzoryk, zrobił z niego piłkę i wystarał się o słoninę i zaczął manipulować koło kraty. ...Zaraz to spostrzegłem i żal mi go się kardzo zrobiło. Ach, myślę sobie, braciszku, ta sztuczka ci się nie uda! Ale udaję, że nic nie widzę. Niech się chłopak bawi, myślę sobie, nie będzie mu się nudziło.
Oj długo pracował... może ze trzy tygodnie... a ja nic... patrzę tylko i patrzę... i ciągle mi go żal... zabaw się, myślę sobie, zabaw!
Korniej roześmiał się cicho, przyjaźnie.
— No a kiedy skończył już prawie robotę... wtedy powiedziałem dyrektorowi.
— Jakto, czemuż to? — wykrzyknął Misza ze smutkiem — czemu dyrektorowi?
— A komuż? — spytał zdziwiony Korniej.
— Mogliście powiedzieć więźniowi, powinniście byli nawet.
— Dziwny z pana człowiek — roześmiał się Korniej. — A cóżbym począł z kratą? Przecież była przepiłowana?