Strona:Ludwik Gallet - Kapitan Czart. Przygody Cyrana de Bergerac.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


—Do usług pańskich, panie szlachcicu, Bez urazy, Manuelu.
W chwili, gdy młody wicehrabia de Lembrat i Cyrano opuszczali Dom Cyklopa, po ustach Ben Joela przemknął uśmiech milczący, który jednak zaraz zniknął, ustępując miejsca kurczowemu wąskich warg skrzywieniu.
Temu drapieżnemu ostrowidzowi, pełnemu nienawiści i krwiożerczych instynktów, ale zarazem niesłychanie ostrożnemu mignęło w oddaleniu niewyraźne widmo przyszłości...
Lekkie kroki Zilli w korytarzu wyrwały go z posępnych marzeń.
— Bywaj, dziewczyno! — wykrzyknął. — Wielka nowina!
— Co takiego? — spytała Zilla, zrzucając z ramion czarny płaszczyk,
To, kochaneczko, że nie wiedząc o tem, hodowaliśmy u siebie przez lat piętnaście wielkiego pana.
Wróżka pobladła, a jej oczy wielkie i jak noc głębokie, zabłysnęły.
Wielkiego pana? — powtórzyła, domyślając się prawdy, a jednak pragnąc, ażeby się okazała złudzeniem.
— Tak, tak, bardzo wielkiego, Rozejrzyj się, kogo tu brakuje?
— Manuela.
— Tak, Manuela, a raczej — tu opryszek zgiął się wpół, składając niski pokłon komuś nieobecnemu, -jaśnie wielmożnego wicehrabiego Ludwika de Lembrat, pana na Fougerolles.
— Gdzie dowód?-krzyknęła groźno Zilla.
—Złożyłem go komu należało.
—Ty!